Wolfeslive - Stań się prawdziwym wilkiem. Strona Główna
 Album   Szukaj   Użytkownicy   Grupy   Rejestracja   Profil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości   Zaloguj 


Poprzedni temat «» Następny temat
Błękitna Laguna
Autor Wiadomość
Mglisty Poranek 
Zwiadowca
Walnięty wypierdek



Partner: Może kiedyś...
HP: 100
Wygląd: Co prawda nie jestem specjalnie umaszczony. Kiedy byłem jeszcze szczenięciem, moje futro było białe. Teraz jednak po wielu przeżyciach, futro starciło swój naturalny kolor. Moje kształtem przypominające migdały oczy są koloru brązowego. Zazwyczaj jest to niezmienne. Jestem basiorem o niezabardzo rozbudowanym umięśnieniu. Sierść dawniej była jedwabista, lecz teraz nie jest taka sama. Po przyjrzeniu się, na łapach można dostrzec szare akcenty.
Charakter: Zwykle zachowuję spokój oraz potrafię wykazać się cierpliwością. Często wybieram milczenie, ponieważ gadulenie nie jest moją specjalnością. Kocham również ciszę, która pozwala mi na łatwiejsze skupienie się. Jestem otwarty na nowe propozycje. Każdej z chęcią spróbuję, lecz nie koniecznie będzie dla mnie odpowiednia. Jestem tajemniczy, a zarazem wesoły i zadziorny. Jak dla mnie można przegrać z wrogiem, lecz nie z własnym starchem.
Znaki Szczególne: Raczej nie stwierdzono, aczkolwiek można uznać jedna z blizn na prawej łapie jako znak szczególny.
Choroby: Fizycznie zdrowy, ale psyhika w małych strzępach.
Urodziny: Pora Kwitnącej Wiśni
Wysłany: 2012-02-19, 17:47   

Basior nie był jakoś bardzo zdziwiony reakcją Marazma. Wykręcił pyska w bok, a potem wstał.
- Pff... nic tu po mnie. Baw sie dobrze. - odrzekł i parchnął. Powolnym krokiem ruszył w strone niznanej mu nicości. Coś tam mruczał pod nosem, a jego tyłek leciutko kiwał się na tą i tamtą. Od czasu do czasu burkał coś sam do siebie i zatrzymywał się, jakby miał wątpliwości. Jakoś stracił zainteresowanie szarusiem, co spowodowało jego odejście. Może chciał coś zjeść, a może pobyć sam na sam ze sobą? Tego nie wiedział nikt oprucz niego. Kiedy szedł raz po raz spoglądał na Marazma, obserwując czy rzuci się ze szczęścia w fale. Widać było że jakoś nie przypadł mu do gustu. Dla Poranka dorośli zawsze byli sztywniakami i nie umieli zrozumień dorastających. On sam w dzieciństwie nie miał dużo kontaktu z wilkami, lecz dobrze zna się na świecie. On przeżył o wiele więcej niż Marazmowi się wydawało. Przezwisko małolat można nazwać było jego drugim imieniem. I pomyśleć że już jako szczeniak wędrował samotnie. Ale Mglisty był ciekawy jednej rzeczy- co Marazm o nim wie. Czy poznał tylko jego imię, czy może wie coś ponad to? To pytanie dręczyło go bez przerwy. Swobonymi ruchami szedł wolnym, a może nawet bardzo wolnym krokiem. Nie prowadziło to do niczego. Ato patrzył się na boki, a to na Marazma, a to na niebo. Jego łapy co chwila zapadały się w śnieg, co w sumie było do wytrzymania. Ach ta zima... w tym roku dała popalić. -mówił wewnątrz siebie. Oblizał sobie pyszczek raz trzeci i zaczął truchtać. Kiedy znudziło mu się spoglądanie na wszystko zaczął odbiegać normalnie- szybkim tępem i bez kręcenia się dookoła. Widocznie miał parę spraw do załatwienia- dajmy na to zjedzenie czegoś. Tak, to było to. Łakomczuch podążał w stronę spiżarni. Miernota znowu zapragnęła zjeść coś, ale tym razem wolałby coś bardziej dorodnego. Huh... może bizona?- myślał wewnątrz siebie śmiejąc się. Gdyby był z jakimiś równie głodnymi wilkami to prawdopodobnie wciągneli by bizona. Ale, z racji że był sam musiał wybrać coś innego. Pstanowił że zdecyduję na miejscu. Nie chciał wydłużać swego "biegu". Jeszcze raz spojrzał na Marazma, i odwrócił łepek z powrotem. Po paru minitach biała sylwetka zniknęła wśród sapdających płatków i mrozu.
_________________
    I need an easy friend.
    I do, with an ear to lend.
    I do think you fit this shoe.
    I do, won't you have a clue.




    Zwą mnie Mglisty Poranek. Oczywiście, że jestem basiorem z krwi i kości.
    Przeżyłem już 2 lata, lecz jeszcze długo będę stąpać po tej krainie.




              Wanna fight? So, now, let me tell you something:
              You can win with me,
              but you can't win with freedom.



Zarezerwowane: I II III IV
 
     
Marazm 
Młoda Krew
degrengolada, ot co.



Partner: Koniec końców wszystkich nas czeka trumna, więc leż spokojnie, moja miłości. Ta trumna jest twoją trumną.
HP: 100%
Charakter: Czuł zupełnie coś innego. Albo w ogóle nic. Był tak gruboskórny, że żadne wznioślejsze uczucie nie poruszało go. Był nudny jak najzwyklejszy śmiertelnik, był też równie pospolity i nieszczęśliwy. Mamrotał coś nad pasjansem, umniejszając swoje przeżycia, całkowicie pochłonięty sobą. Zawsze jednak za którymś z drwiących uśmiechów kryła się jakaś tajemnica, nie znane a istotne rzeczy, których nie można jeszcze odkryć. Cały też czas umniejsza prawo do życia, atakuje za uwielbienie odczuwania zmysłowego, za niechęć do zabijania i skłonności do wymiotów, jakie wywołuje w innych zabójstwo. Kpiąco zaciska usta, gdy pytasz go o Boga albo o diabła. Uległ zemście doskonałej. Umiera, umiera z powodu własnej sztywności, niemożności przystosowania się, ze strachu. Jego dusza nie potrafi zaakceptować zmieniających się czasów. Nic równie udręczonego. Umiera równie niezgrabnie i groteskowo, jak często umierają w dzisiejszych czasach ludzie ze starości.
Choroby: Zdrowy
Wiek: Matuzalemowy, doprawdy?
Urodziny: Pora Świergotu Ptaków
Wysłany: 2012-02-20, 21:43   

Szare wilczysko nie spuszczało wzroku ze swojego poprzedniego towarzysza Mglistego Poranka. Był doprawdy zabawny a przynajmniej w jego mniemaniu. Bez odwołania został zaszufladkowany jako wariat i nie podchodziło to pod żadną zmianę. Czyżby król leśnych mrówek się obraził, że tak szybko czmychnął przed nim? Szkoda, na prawdę wielka szkoda, ale Marazm obiecał sobie, że jeszcze go znajdzie, o tak! Początkowo nie zauważył szczeniaka, który coś brzęczał do niego z dołu.
Dopiero, gdy szary przestąpił z łapy na łapę i przez przypadek dotknął szczenięcia zniżył pysk ku niemu. Był całkowicie zaskoczony jak tak małe stworzonko może zwracać się do niego. Był całkowicie zaabsorbowany poczynaniem tej białej kruszynki, że aż wybuchnął śmiechem.
- Słuchaj, czy Tobie oby na pewno się nie po przewracało w głowie? - wilk nie miał zamiaru polować dla szczeniaka, tym bardziej dlatego wygadanego, które upatrzyło sobie właśnie jego na ofiarę. Ożesz w mordę, dlaczego akurat teraz jego prywatny błazen go opuścił? Zajął by się przynajmniej tą białą kluską.
- Czekaj no przybłędo, po pierwsze nie ja tu nie mieszkam i nie nie jadłem kolacji. Więc zmykaj mi natychmiast do mamusi zanim mnie do końca zdenerwujesz jak ten szary pacan. - mówiąc to spojrzał wymownie za oddalającym się basiorem. Marazm nie miał zamiaru robić za opiekunkę i szukać pożywienia dla Aurory. Czy on w ogóle przypominał chociaż trochę opiekunkę? Wzdrygnął się na samą myśl o tym, że ta mała przybłęda upatrzyła sobie jego. Wyobrażał sobie właśnie jak Aurora przyczepia się do jego szarego łapska a on nieszczęsny lata po całej plaży próbując ją z siebie zrzucić. Natomiast jej białe macki wcale nie chcą się odczepić!
Przysiadł wygodnie na skrawku plaży, gdzie śniegu nie było jeszcze tak dużo i nie mroził aż tak bardzo jego szanownych czterech liter. Czekał na odpowiedź swojej drobnej towarzyszki, której jadaczka niestety nie zamykała się, a co najgorsza wyglądała na taką, która nie znosi sprzeciwu. Umyślił sobie nawet, że będzie ją nazywał małą pyskatą jędzą, tak to do niej pasowało! Szary położył uszy po sobie przyglądając się szczenięciu. Wyglądało jak zahipnotyzowana marionetka wpatrując się w niego niczym w obraz. Nawet zaczęło mu się to podobać, że mała wybrała akurat jego. na dłuższą metę jednak nie chciał jej usługiwać, miał nadzieję, że to będzie tylko kilka przelotnych słów. Tym bardziej, iż on nie szczególnie przepadał za małymi wilczkami.
_________________

{Zgniłe kolana i zdrętwiałe stawy...}

Ciche pochlebstwa i fałszywe klaki
Koślawy uśmiech niby dla zabawy
A tobie znowu coś wypruwa flaki.

Głupio się przyznać, że niebo zielone
Głupio się przyznać, że stąpasz nad ziemią
Głupio się przyznać, że serce zwęglone
A resztki nadziei pod popiołem drzemią.

Oddech cuchnący fałszywą szczerością
Tłok coraz większy, powietrze gęstnieje
Tylko marzenia mieszane ze złością
Wyprutym flakom dają nadzieję.

***
 
     
Aurora
Szczenię



HP: 100%
Choroby: zdrowa
Wysłany: 2012-02-20, 22:37   

Marazm nie wiedział (jeszcze?) jak bardzo trafne okazały się jego spostrzeżenia i do jakiego stopnia słusznym było nazywanie siedzącej przed nim puchatej kulki "małą pyskatą jędzą". Oczywiście, istniało jakieś tam prawdopodobieństwo, że Aurora kiedyś z tego wyrośnie i stanie się ustatkowaną...nie, kogo próbujemy oszukać. Prawdopodobieństwo takie osiągało zapewne ujemne wartości.
Mała jędza umilkła wreszcie, gdy skończyło jej się powietrze i natura zmusiła ją do zaczerpnięcia tchu. Miała pewnie zamiar trajkotać dalej, ale reakcja basiora chwilowo zmodyfikowała jej plany. Aurora przechyliła leciutko łebek i posłała mu wielce krytyczne spojrzenie. Udało jej się bowiem dokonać kilku obserwacji. Najważniejsza była taka, że basior był strasznie niezdarny, co mała orzekła w myślach z całą stanowczością. Wniosek ten wyciągnęła z tego, że niemal ją nadepnął. No i ktoś taki ma jej upolować kolację? Ale trudno, postanowiła nie wybrzydzać, bo mocno już burczało jej w brzuchu.
Był jednak jeszcze jeden problem, nieco poważniejszy. Szary wilk sprawiał wrażenie, jakby wcale nie cieszył się ze spotkania, no i śmiał się z niej, co z kolei dowodziło, że jest źle wychowany.
- Jest pan źle wychowany! - ofuknęła go natychmiast. Normalnie oczywiście zwracałaby się do niego po imieniu (gdyby je tylko znała), ale teraz musiała dowieść swej wyższości. Karcące spojrzenie niebieskich oczu ani myślało oderwać się od pyska Marazma.
- To gdzie mieszkasz? - zainteresowała sie po kolejnych jego słowach, z miejsca zapominając, że miała mu dać lekcję etykiety. Jednak i ten temat szybko porzuciła, gdyż ponowne, natarczywe burczenie w brzuchu przypomniało jej, że gwoździem programu miała być kuropatwa, ewentualnie zając.
Nie jadł jeszcze kolacji. Wreszcie jakaś dobra wiadomość! Malutkie, jeszcze nie do końca trzymające pion, uszka drgnęły, wyraźnie zdradzając radość szczeniaka. Aurora zerwała się na łapy, co jednak niespecjalnie zmieniło proporcje między nią, a basiorem.
- To świetnie! - w myślach konsumowała już upolowaną przez swego nowego znajomego kolację, gdy nagle wpadła na nowy genialny plan - Możemy pójść razem nauczysz mnie jak się poluje i pokażesz mi wszystko i nauczysz i będzie fajnie a w ogóle jak masz na imię! - widać był to jej osobliwy zwyczaj - wyrzucanie wszystkiego jednym tchem, z całkowitym pominieciem wszelkich znaków przestankowych. Jedynie wykrzykniki zdawała się zaliczać do swego repertuaru.
Uwagę matce całkowicie zignorowała, jakby zupełnie jej nie usłyszała. I może rzeczywiście tak się stało, bo była chyba jeszcze zbyt młodziutka, by tak doskonale maskować emocje. Jednak nawet w jej naiwnym łebku zakiełkowała już niebezpieczna myśl, że matka nigdy wróci. A ponieważ była to myśl trudna do zaakceptowania, Aurora zepchnęła ją gdzieś w kąt i omijała szerokim łukiem.
- Chodźmy chodźmychodźmychodźmy! - dopadła siedzącego basiora w kilku niezdarnych susach, po czym skoczyła wprost na jego ogon, na którym rozłożyła się na brzuchu jak na poduszce. Gruba, zimowa sierść istotnie stanowiła świetny kamuflaż na zimowy wieczór, w którym Aurora całkiem chętnie poszłaby spać. Teraz jednak był zbyt podekscytowana myślą o polowaniu.
- A w ogóle to jak masz na imię? - burknęła niewyraźnie z nosem w jego sierści, zapominając zupełnie, że pytała o to przed chwilą, po czym - i tym razem nie czekając na odpowiedź - chwyciła w zęby sam czubek jego ogona, jakby zamierzała siłą zawlec go na to całe "polowanie".
_________________
After all, tomorrow is another day!
 
     
Marazm 
Młoda Krew
degrengolada, ot co.



Partner: Koniec końców wszystkich nas czeka trumna, więc leż spokojnie, moja miłości. Ta trumna jest twoją trumną.
HP: 100%
Charakter: Czuł zupełnie coś innego. Albo w ogóle nic. Był tak gruboskórny, że żadne wznioślejsze uczucie nie poruszało go. Był nudny jak najzwyklejszy śmiertelnik, był też równie pospolity i nieszczęśliwy. Mamrotał coś nad pasjansem, umniejszając swoje przeżycia, całkowicie pochłonięty sobą. Zawsze jednak za którymś z drwiących uśmiechów kryła się jakaś tajemnica, nie znane a istotne rzeczy, których nie można jeszcze odkryć. Cały też czas umniejsza prawo do życia, atakuje za uwielbienie odczuwania zmysłowego, za niechęć do zabijania i skłonności do wymiotów, jakie wywołuje w innych zabójstwo. Kpiąco zaciska usta, gdy pytasz go o Boga albo o diabła. Uległ zemście doskonałej. Umiera, umiera z powodu własnej sztywności, niemożności przystosowania się, ze strachu. Jego dusza nie potrafi zaakceptować zmieniających się czasów. Nic równie udręczonego. Umiera równie niezgrabnie i groteskowo, jak często umierają w dzisiejszych czasach ludzie ze starości.
Choroby: Zdrowy
Wiek: Matuzalemowy, doprawdy?
Urodziny: Pora Świergotu Ptaków
Wysłany: 2012-02-26, 18:37   

Widząc poczynania małej kulki, przeraził się na niebiosa czy wszyscy tu powariowali? Najpierw jakiś rzucają cy się ze śmiechem na ziemię pacan a teraz ta wredna gadatliwa żmija. Co za dzień doprawdy co za dzień. Marazm miał dzisiaj niesamowitego pecha. Marzył by spotkać kogoś w miarę normalnego a los zesłał mu tego wyszczekanego i na dodatek głodnego szczeniaka. A to nie było najgorsze, najgorsze to on miał dopiero przed sobą! w tej małej białej czuprynie już czaił się jakiś plan na usidlenie szarego basiora co wcale nie przypadło mu do gustu.
- Co ty nie powiesz mała żmijo, mówiłem już zmiataj stąd. - mruknął w jej kierunku. Przyglądał się jej z wielkim zaskoczeniem malującym się na pysku. No to ci dopiero ambaras! Ta mała próbowała go jeszcze pouczać a na dodatek zachowywała się jak jego własna matka. Wybuchnął chwilowym śmiechem, zachowanie tego szczeniaka było nieprawdopodobne.
- No trzpiotko, wyobraź sobie, że nigdzie nie mieszkam. - To powinno załatwić sprawę, skoro nigdzie nie mieszkał co liczyło się z nie posiadaniem jaskini ta mała szybko zrezygnuje z jego towarzystwa. Niestety Marazm nie wiedział jeszcze jak bardzo się pomylił. Ona wcale nie miała zamiaru rezygnować z tej pogawędki. Przez szary łeb basiora zaczęły przelatywać myśli typu "Gdzie jest matka Aurory?" Szybko je porzucił, machając wymownie końcówką ogona to nie był jego zasmarkany interes. Pewnie pozbyli się tego gadatliwego problemu.
- Jeeeej jupi, jak świetnie chodźmy coś upolować! - szare wilczysko podskakiwało niczym mała piłeczka przedrzeźniając swoją rozmówczynię. Przez chwilę zastanawiał się nad tym czy Aurora się kiedyś zakrztusi jak będzie tak wywijać jęzorem. No cóż, w jej przypadku to chyba nie możliwe. Gdy biała kulka dopadła jego ogona, prawie oczy wyszły mu z orbit. Dosyć tego jak śmiałaś! Zaczął się szamotać to w jedną to w drugą stronę by ją natychmiast zrzucić z siebie. Złaź, złaź, złaź, złaź, złaź! Krzyczał przeraźliwie w myślach. Głupie przedrzeźnianie tej małej nie miało się tak skończyć, niech ktoś zabierze tę małą białą zarazę od niego jak najdalej!
- Słuchaj no, jak upoluje Ci kuropatwę to zamkniesz dziób i odczepisz się prawda? - wymamrotał dalej wiercąc się by puściła jego ogon. Fu, obślini go jeszcze i tyle z tego będzie! Już niech będzie, upoluje jej tą cholerną kuropatwę a wtedy da mi spokój, o tak na pewno.
_________________

{Zgniłe kolana i zdrętwiałe stawy...}

Ciche pochlebstwa i fałszywe klaki
Koślawy uśmiech niby dla zabawy
A tobie znowu coś wypruwa flaki.

Głupio się przyznać, że niebo zielone
Głupio się przyznać, że stąpasz nad ziemią
Głupio się przyznać, że serce zwęglone
A resztki nadziei pod popiołem drzemią.

Oddech cuchnący fałszywą szczerością
Tłok coraz większy, powietrze gęstnieje
Tylko marzenia mieszane ze złością
Wyprutym flakom dają nadzieję.

***
 
     
Aurora
Szczenię



HP: 100%
Choroby: zdrowa
Wysłany: 2012-02-29, 11:36   

Aurora nie sprawiała wrażenia kogoś, kto zamierza dokądkolwiek zwiewać. Wprost przeciwnie - zachowywała się dokładnie tak, jakby od urodzenia nie spędzała czasu z nikim innym, jak tylko z Marazmem. I jakby końcówka jego ogona należała do niej, a szarpanie go stanowiło jej główną i ulubioną rozrywkę. Nie zamierzała też wcale ustąpić - dzieci wszelkich gatunków nie znają bowiem pojęcia kompromisu i zwykle nie przychodzi im do głowy żadna modyfikacja własnych planów czy pomysłów. Aurora zaś była na tym tle przypadkiem jeszcze bardziej jaskrawym - prawdę mówiąc była istotką chorobliwie upartą i zajmującą wobec świata pozycję roszczeniową. Oczywiście, miało to szanse ulec zmianie - zwłaszcza w obecnej sytuacji, gdy została na świecie całkiem sama. Ale o tym przekonamy się dopiero z upływem czasu.
Na razie dwoje niebieskich oczu wpatrywało się z uporem w Marazma, a cienki jak sznurek ogonek wywijał radośnie, zdradzając entuzjazm jego właścicielki. Wilk popełnił właśnie spory błąd, czemu dały wyraz iskierki, które zabłysły w oczach szczeniaka. Do Aurory bowiem dotarł właśnie sens jego słów. Nigdzie nie mieszka.
- Jesteś włóczęgą?! - wykrzyknęła, puszczając wreszcie jego ogon. W jej głowie zabrzmiało coś na kształt podziwu i przeogromnej radości. Myśli wilczęcia galopowały już z zawrotną prędkością, tworząc obrazy niezliczonych przygód, jakie spotkają ją u boku owego wędrowca. Tak właśnie - Auorora ulokowała się już u jego boku i ani myślała tych planów zmieniać. Ktoś taki jak on na pewno umie sobie w życiu poradzić, a jej właśnie ktoś taki jest teraz potrzebny. Uznała natychmiast, że przyjście nad morze było kapitalnym pomysłem, przez co rozpierała ją duma (i wcale nie zmniejszał jej fakt, że kierunek wybrała na chybił-trafił).
Pozostawał tylko jeden drobny problem. Wiedziała, że musi jakoś przekonać do tego Marazma, a - prawdę mówiąc - pojęcia nie miała, jak. I tylko dlatego, że ciężko sie nad tym zastanawiała, przez chwilę nie mówiła tyle, co zwykle. Wreszcie uznała jednak, że powinna, dla świętego spokoju, przystać na jego słowa. Ach ci dorośli, tyle im trzeba ustępować.
Oczywiście, nie zamierzała się z tej obietnicy wywiązywać i nie widziała w tym większego problemu. Przynajmniej dopóki nie przypomniała sobie karcącego spojrzenia matki i surowego wyrazu jej pyska, gdy przyłapała ją na oszustwie. Stuliła uszy, znów się wahając. Ale i tym razem znalazła rozwiązanie.
- Noo... - mruknęła, przeciskając się pomiędzy tylnymi łapami Marazma i stając pod jego brzuchem. Wysunęła tylko łebek, by zerknąć na niego z dołu. - Mogę obiecać. - powiedziała wreszcie ze słodkim uśmiechem, podczas gdy tylne łapki skrzyżowały się w znanym geście. O tak, Aurora była widać mistrzynią prostych rozwiązań.
- Idziemy? - podskoczyła do łapy Marazma i trąciła go nosem.
_________________
After all, tomorrow is another day!
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

Theme xandgreen created by spleen modified v0.3 by warna

We are not responsible for any content sent using
and/or included in the forum by users.

If your artwork has been stolen and you see it here,
contact with us and we will remove it!

Strona wygenerowana w 0,72 sekundy. Zapytań do SQL: 8